MiniRecenzja Mark of the Ninja

headerNinja to świetny temat na grę. Są silni, zwinni i cholernie przebiegli. Kto by tak nie chciał? Ja zawsze o tym skrycie marzyłem, ale długie siedzenie przy kompie nie poprawia mojej sprawności…

W każdym razie miałem okazję pograć w Mark of the Ninja, czyli skradankową platformówkę. Czytaj Dalej

Share Button

Przyszła pora na (zabicie) potwora

Wszędzie, gdzie Wiedźmin się pojawił robił furorę. Musiałem się w końcu skusić na zagranie w tą tak często nagradzaną produkcję. Jestem gdzieś w drugiej połowie trzeciego Wiedźmina. To już chyba moment w którym mogę wypowiedzieć się na temat tej gry…

Zacznę od tego, że poprzednie Wieśki nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia, a nawet więcej – nie chciałem nawet ich ukończyć z powodu topornego gameplayu. Zwyczajnie źle mi się w nie grało. Trójka w końcu sprawiła, że mogłem wskoczyć w świat, który wcześniej wyobrażałem sobie jedynie na podstawie książek i fragmentów filmu (bardzo … interesującego).

Tak więc pierwszą rzeczą, którą zaliczam do pozytywów to poprawione sterowanie oraz całe UI. Jednak zmieniło się to, gdy przystępowało do zbierania skrzyń oraz interakcji z niektórymi przedmiotami. Często miałem problemy, aby coś zrobić… a czasami robiłem to nawet, gdy tego nie chciałem – chodzi o przypadkowe zapalanie lub gaszenie pochodni/świec, które znajdowały się w okolicach kontenerów.

Miałem też problemy z poruszaniem się, szczególnie gdy dochodziło do jazdy na koniu. Potrafiłem zablokować się na tyczce, która wystawała z ziemi lub pomiędzy drzewami, które zostały umieszczone zbyt blisko siebie. Niby małe rzeczy, ale niebywale irytujące, a co ciekawe też łatwe do poprawienia. Wystarczyło określić minimalną odległość pomiędzy drzewami w skrypcie, który generował roślinność lub edytować hitboxy zgrupowań drzew. Trochę problemów miewałem też ze sterowaniem samym koniem, a to za sprawą systemu, który bardzo często ratował mnie przed jeszcze większą frustracją. Dokładniej chodzi mi o wyszukiwanie ścieżki przez Płotkę. Czasami uporczywie trzymała się wybranej przez siebie drogi, a nie tej, którą ja chciałem. Ale można to wytłumaczyć tym, że koń to nie auto i myśli po swojemu… więc przymykam oko na te małe uchybienia i daję plus za ogólne działanie systemu. No jest jeszcze sprawa z kuniem, który pojawia się na dachu, ucieka przed wiedźminem lub biega na przednich nogach 🙂

Design oraz wykonanie świata jest wspaniałe. Ten świat faktycznie żyje i reaguje na nasze poczynania. Same wykonanie lokacji też jest świetne. Przyczepić mogę się jedynie do niektórych jaskiń w których jesteśmy raczeni sporą ilością bezsensownego backtrackingu, jednak widać, że większość lokacji tworzona była tak, aby tego uniknąć.

Bugi… tych widziałem bardzo dużo, szczególnie w dalszej części gry. Postacie, które znikały lub teleportowały się. Lewitujące książki. Wiecznie poruszane silnym wiatrem włosy, ręce wykręcające się w nienaturalne pozy, skaczące animacje podczas dialogów. Jednak nic, co zakłócałoby faktyczny gameplay… lecz takie błędy skutecznie zmniejszały moją immersję.

Atak klonów. Takie miałem odczucie, gdy rozmawiałem z postaciami trzecioplanowymi. Widać strasznie ograniczoną ilość twarzy, szczególnie w wypadku postaci kobiecych. Wiele razy zastanawiałem się, czy ta konkretna postać maczała ręce w kilku wypadkach, czy może moje oczy się mylą…

Muzyka jest dobra. Nie przeszkadza, ale poza jednym kawałkiem całkowicie nie zapada w ucho. Byłem przy tym, gdy przyznano Wiedźminowi nagrodę za najlepszą muzykę… Teraz już wiem, że nie zasłużył. Crypt of the Necrodancer ma DUŻO lepszą muzykę.

Na koniec zostawiam sobie historię oraz nasz wpływ na jej prowadzenie. Moje poczynania faktycznie zmieniały świat, moje wybory decydowały o tym, czy ktoś umarł, czy przeżył. Czułem, że historia w której uczestniczyłem nie była mi narzucona, ale sam mogłem ją tworzyć i to było świetne. Jeśli w przyszłości znajdę tyle czasu, aby zacząć tą grę jeszcze raz od nowa, to z pewnością to zrobię, tylko po to, aby sprawdzić co mogło wydarzyć się inaczej. PS. Nie kocham Yennefer – to wszystko przez tego dżina, a ona jest głupią suką. Ogólnie historia, narracja to jeden wielki PLUS i największa zaleta tej gry.

W ramach historii muszę wspomnieć o zadaniach pobocznych. Zdarzyło mi się wykonywać zadani w stylu przynieś, podaj, pozamiataj, ale były one stworzone w sposób, który nie był tak bardzo irytujący. Czułem, że nie muszę wykonywać każdego zadania i mógłbym z tym żyć. Jednak, gdy już zdecydowałem się, aby szukać kwiatków dla jakiegoś druida, to okazywało się, że tak banalny quest z czasem zmienia się w cholernie ciekawą historię z jeszcze lepszym zakończeniem. Z czasem nie mogłem przepuścić żadnemu questowi, aby przypadkiem nie czegoś nie opuścić.

Gdybym miał ocenić tą grę, to powiedziałbym, że jest to Planescape Torment 2015 roku z małymi zastrzeżeniami w postaci większej ilości bugów. Kto wie, co myślę o PT, ten już wie, że jest to cholernie dobra ocena 🙂

Share Button

Polecany kanał na YT

GDC YT

Znajdziecie tu wiele wykładów, przemówień. Bardzo wiele z filmików, które się tu znajdują dotyczy game designu.

Share Button

Game Maker oraz inne rzeczy w Humble Bundle

Jeszcze przez kilka kolejnych dni macie okazję zakupić Game Makera w ramach Humbla Bundla wraz z kilkoma grami oraz ich kodami źródłowymi.

HB Game Maker

Share Button

Polowanie – opowiadanie ze świata fantasy

Poczwara w nocy

Obudził mnie kawałek dachówki odkruszony od dachu. Jeden, a później kolejny. Nie było to nic niezwykłego, bo dach naszej kamienicy był już dość stary i każdy przechodzący po nim kot sprawiał, że drobiny staczały się w dół. Jednak dziecięca wyobraźnia, która dodatkowo była wsparta strasznymi historiami opowiadanymi przez starszą siostrę robiła swoje. Za każdym razem słysząc stukot kamyczków o dach wyobrażałem sobie jakiegoś potwora, których chodzi po naszym domu.

Tym razem faktycznie coś czaiło się w ciemnościach. Za ścianą rozległ się brzdęk bitej szyby oraz odgłos czegoś wpadającego do pomieszczenia. Usłyszałem cienki krzyk swojej matki, a zaraz po nim rozkaz mojego ojca “Uciekajcie!”. Po chwili kobiecy głos znikł. Wraz z siostrą wyskoczyliśmy z naszego pokoju. Biegnąc korytarzem, który prowadzi do wyjścia musieliśmy minąć drzwi sypialni rodziców. Dostrzegłem mamę leżącą na łóżku w nienaturalnie wykręconej pozycji, ojca na podłodze czołgającego się w naszą stronę oraz TO stojące nad nim. Czarną smukłą sylwetkę przypominającą gryfa, która patrzyła się na mnie czarnymi ślepiami. Mimo, iż była to jedynie chwila, wydawało się to wiecznością. Błyskawicznie rzucił się w naszą stronę, przy okazji znacząc podłogę śladami pazurów. Rzuciliśmy się do ucieczki, dalej w stronę schodów. Uderzenie w ramie nie zabolało mnie, ale sprawiło, że straciłem na chwilę równowagę, co wystarczyło, abym runął ze schodów. W locie, niczym w zwolnionym tempie słyszałem rzężenie mojej siostry oraz widziałem czerwoną pianę kipiącą z jej ust. Po uderzeniu o podłogę na parterze ciało odmówiło mi posłuszeństwa. Leżałem tam przez i patrzyłem w górę na to, co się dzieje. Potwór cisnął w bok moją siostrą, którą nabił na swoje szpony. Widziałem, że szykuje się do skoku w moją stronę, gdy mój ojciec wbił mu nóż w tylną łapę. Zaskrzeczał i wierzgnął, po czym jednym kłapnięciem dzioba oddzielił głowę taty od reszty jego ciała. Ten jego ostatni akt zapewne uratował mi życie, gdyż poczwara nie zaatakowała mnie, a jedynie pochwyciła czerep ojca i ewakuowała się. Po chwili do domu wpadła straż miejska… jednak zbyt późno.

Ten sen prześladuje mnie od tamtych wydarzeń. Beztroskie lata minęły. Z płaczliwego szczeniaka musiałem szybko zmienić się w zaradnego mężczyznę. Nie chce mi się wierzyć, że minęły już trzy lata. W pamięci ciągle odtwarzam tamte sceny i staram sobie przypomnieć każdy najmniejszy szczegół: smukła sylwetka, czarne lekko błyszczące oraz rozczochrane pióra, które zlewały się z otaczającą go ciemnością, dziób naznaczony kilkoma bliznami, dwie pary czarnych oczu, długie szpony. To musi się skończyć…

Ja, Biann Rókur poprzysięgam zemstę na poczwarze, która zabiła moją rodzinę! Jutro wyruszam aby ją odszukać.

Orle Gniazdo

Z samego rana obrałem kurs na rezydencję mojego wuja Fejna Rókura, aby przekazać mu klucze do nasz… do mojego domu i prosić go, aby doglądał mojego majątku. Nie był bardzo zdziwiony moją prośbą, przecież nie jest głupi, inaczej nigdy nie stanąłby na czele naszej rodziny i tego miasta. Miał nawet przygotowane dla mnie dwie rzeczy. Pierwszą z nich był sztylet długości 15 centymetrów. Był to dość specjalny przedmiot z częściowo wydrążoną rękojeścią w której schowanych było kilka złotych monet. „To na wypadek, gdybyś musiał rozwiązać komuś usta… polubownie lub siłą”. Drugą była mapa z zaznaczonymi na niej punktami. „Udało mi się dowiedzieć gdzie widziano poczwarę podobną do tej, która zabiła Twoją rodzinę. Chyba warto zacząć poszukiwania w jednym z tych miejsc… Muszę Ci jednak powiedzieć, że mimo tego, że Cię rozumiem, to nie popieram tej wyprawy. Szczerze mówiąc wątpię, że powrócisz jeszcze do Orlego Gniazda, choć bardzo chciałbym w to wierzyć. Historia zna wiele wypadków, gdy to chęć zemsty przyniosła zbyt wiele złego, niż było warto. Zastanów się jeszcze, bo ani Twoja matka, ani siostra, ani ojciec, nie chcieliby tego, żebyś poświęcał swoje życie aby ich pomścić.”

Faktycznie, gdy opuściłem posiadłość wuja w głowie zaczęły pojawiać się wątpliwości: Czy warto? Szybko je jednak odganiałem, bo warto! Przecież ta bestia może właśnie zabijać jakąś inną rodzinę, a na to nie mogłem pozwolić. Czas spakować plecak: sztylet, mapa, prowiant, ubrania, krzesiwo, sznurek, haczyki, igła, fajka oraz ziele, maść lecznicza, bukłak, wytrychy, koc, płachta oraz Dragger – topór, którym usiekam poczwarę. To chyba wszystko, czas spać.

Słońce omiata już całe miasto oraz okoliczne szczyty, wdziera się do domu i przypomina mi o wyprawie, która mnie czeka. Żegnam się z łóżkiem. Jem ostatni posiłek przed podróżą i wyruszam, po zemstę i sprawiedliwość.

Najwyraźniej wieść o tym, że wyruszam na wschód obiegła już miasto. Na ulicy spotkałem wielu ziomków, którzy życzyli mi szczęścia oraz tego, żebym powrócił zdrów. Od kilku dam dostałem nawet wianki z kwiatów Fiera(1), więc będę miał w czym wybierać, gdy uda mi się wrócić do domu. W oddali dostrzegłem też kilku Stigrów, którzy raczej mieli nadzieję, że będzie jednego Rókura mniej. Po chwili dotarłem jednak do widny, w której to byłem już sam. Mogłem po raz ostatni podziwiać spektakl promieni wschodzącego Słońca, które zakrzywiane przez kryształy lodu na szczytach pobliskich gór rozświetlały tą stronę Orlego Gniazda kolorami tęczy. Gdzieś w połowie drogi w dół zaczął dochodzić mnie smród slumsów. Zmusiło mnie to do spojrzenia w dół, na pogrążone jeszcze w cieniu chaty.

Bardzo rzadko bywałem tu, na dole. Nigdy nie lubiłem tego miejsca, no bo kto by chciał tu żyć. Ubóstwo, choroby, zimno oraz w zależności od wiatru fekalia spadające na głowę. Ludzie z dołu nie przepadają za tymi z góry. Dało się to odczuć, gdy szedłem traktem. Krasnoludy siedzące na poboczu rzucały mi zawistne spojrzenia. Doskoczyła do mnie jeszcze jedna starucha krzycząc, że niechybnie zginę jeszcze przed pełnią. Głupia baba! Przecież nasza przyszłość nie jest z góry ustalona. Gdy dochodziłem już do skraju miasta, w końcu do moich nozdrzy zaczęły docierać powiewy świeżego powietrza. Miałem już dość tego smrodu. Za mną wszystko to, co znałem, z czym jeszcze nie tak dawno wiązałem swoją przyszłość, a przede mną droga na wschód wyznaczona przez ciemnobrunatne zbocza gór, osuwiska skalne oraz posągi bejsona(2). Miałem nadzieję, że uda mi się zabrać w podróż z jakąś karawaną, ale wybrałem na to zły czas. Większość wypraw w te rejony urządza się jesienią, gdy zbiory z bardziej żyznych krain sprowadzane są na północ i wymieniane na to, co udało się wydobyć z porozrzucanych tutaj kopalń.

Ku pierwszemu punktowi z mapy

Droga do punktu granicznego minęła mi spokojnie. Miałem dużo czasu aby podziwiać widoki oraz rozmyślać nad tym, w jaki sposób zgładzę bestię, którą widziałem. Na granicy zaczerpnąłem wieści o tym, co dzieje się w Stalowych Wrotach. Strażnicy mówili, że podróżni opowiadają o utopcach, którzy coraz śmielej wkraczają na tereny Republiki, a szczególnie w okolicach Strażnika Północy oraz Samotni. Jednak nie wybieram się tam, a przynajmniej jeszcze nie teraz. Pierw muszę się udać do Kilgoblin, w którym to żyje ktoś, kto może wiedzieć coś więcej o poczwarze, której szukam. Udaje się więc na północ, w stronę doliny Kil.

Wyposażony w imię tego, kogo szukam nie miałem problemu z jego odnalezieniem, znała go cała osada. Kurdran DzikiMłot okazał się starym, acz krzepkim krasnoludem. Gdy przybyłem do niego od progu uściskał mnie i zaprosił do środka, po czym wręczył dzban piwa. Nie pytał po co przybyłem, ani o to kim jestem. Ze względu na to jego gościnność wydała mi się nieco dziwna. Gadał jak najęty, nie dawał mi wtrącić w swoją wypowiedź więcej niż dwóch lub trzech słów, denerwowało go to. Opowiadał głównie o czasach swojej młodości, dziewkach, piciu, chędożeniu, pracy w kopalni, zaciągu do armii, swojej karierze wojskowego, oraz awansie na dowódcę oddziału jeźdźców gryfów. Wtedy już nie wytrzymałem musiałem przerwać mu i dopytać, czy nie zna bestii, którą zacząłem mu opisywać najdokładniej, jak umiałem. Kurdran z początku strasznie poirytował się tym, że zakłóciłem jego opowieść, jednak zaczął już się uśmiechać, gdy usłyszał słowa: „niby gryf, ale cały czarny”. W końcu to on uciszył mnie głosem, który nie zniósłby sprzeciwu i zaczął znowu gadać…

Oczywiście, że wiem o czym mówisz szczeku(3). Mówisz o Gryfie Nocy, lub jak wolisz Sowim Lwie. To bardzo rzadko spotykana odmiana tych szlachetnych stworzeń. Porusza się praktycznie nocą, przez co bardzo ciężko je dostrzec, a za dnia ukrywa się na niedostępnych terenach. Dzięki dwóm parom oczu widzi idealnie w mroku. Idealny zabójca wyposażony w silny dziób zdolny kroić stal oraz pazury mogące przebić zbroje. Raz tylko widziałem jednego, gdy jakieś pięć lat temu wracałem statkiem z Północnego Strażnika w okolicy Starej Skały. Leciał za nami obserwując nas przez kilkadziesiąt minut. Ehh… wiele bym dał, aby móc zobaczyć go jeszcze raz…

W tym momencie puściły mi nerwy i wybuchłem.
Jak możesz się tak ekscytować tym potworem?! To ścierwo rok temu wpadło do mojego domu zabijając całą moją rodzinę!

Kłamiesz szczeku! Gryfy nocy unikają osad jak ognia. Nie są głupie! Wiedzą, że bardzo narażałyby się atakując w dużą grupę, a tym bardziej żaden nie wszedłby do budynku. Spieprzaj już stąd i nie marnuj mojego czasu!

Złapał mnie za ramię i wyprowadził za drzwi, po czym trzasnął nimi z całej siły. Zdążyłem jeszcze usłyszeć ze środka słowa, które mówił już chyba sam do siebie „Tępy szczek, chyba pies mu usta chędożył, skoro myśli, że jakikolwiek gryf byłby tak głupi”.

Jeszcze przed zapadnięciem mroku ruszyłem na przystań, aby poszukać kogoś, kto za małą opłatą wybierze się wraz ze mną do Starego Kamieniołomu(4), gdzie mam nadzieję znaleźć to, czego szukam. Nie musiałem rozglądać się nazbyt długo za kimś, kto mi pomoże. Już pierwsza osoba z którą porozmawiałem – właściciel łodzi o długości około 6 metrów, na widok złotej monety spytał jedynie o to, kiedy chcę wyjść w morze. Przygotowanie łajby zajęło nam około dwóch godzin, po czym niezwłocznie wyruszyliśmy, jeszcze w nocy, aby na miejscy być możliwe jak najwcześniej.

Wraz z momentem, w którym niebo zaczynało rozjaśniać się, w wodzie rozpoczął się przedziwny spektakl. Gdzieś w głębinach zaczęło połyskiwać słabe zielone światełko. Pierw jedno, później dwa, trzy, aż w końcu było ich tyle, że nie dało się ich zliczyć, a od całej powierzchni wody zaczęła bić zielona łuna. „Zły omen” – wykrzyknął kapitan. Po chwili woda zaczęła się gotować od milionów, a może nawet miliardów małych wyskakujących rybek. Zdecydowanie czegoś się bały. Gdzieś w oddali dało się usłyszeć plus wielkiego cielska do wody. Musiało być to coś naprawdę dużego, bo cała łajba po chwili się zakołysała. Niecałą minutę później okolica naszej łodzi zaczęła się rozświetlać zielenią coraz bardziej, aż… z wody wprost w górę wystrzeliła wielgachna roździabiona paszcza z której wnętrza emanowało to przeraźliwe światło. Wielkie cielsko wzniosło się ponad taflę morza na jakieś sześć metrów po czym z całkowitym brakiem gracji runęło w dół, wywołując przy tym sporą falę, która prawie zmiotła mnie z pokładu. Nigdy nie widziałem takich stworzeń. Dużo większy od wieloryba, skrzela, kilka rzędów płetw, małe rowki wzdłuż całego ciała, no i ta świecąca paszcza, na dodatek wypełniona setkami małych zębów. Cały ten spektakl zafascynował mnie tak bardzo, że nie zauważyłem, że słońce wychyliło się już ponad horyzont, a my dotarliśmy już prawie do Starego Kamieniołomu.

Stary Kamieniołom

Na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że lata świetności ta twierdza ma już za sobą. Ponad wodę wystają jedynie nieliczne zabudowania. Wiele murów zdążyło już się zawalić, zapewne za sprawą przegniłych desek oraz fal, które ciągle rozbijają się o ściany. Z pewnością nie jest to bezpieczne miejsce i wale nie myślę tu o bestii, którą mam nadzieję tu spotkać. Przycumowaliśmy do jednego z budynków po zachodniej stronie, który był w najlepszej kondycji. Z łodzi zszedłem sam. Nauczony historiami, które słyszałem w młodości do jednego z kamieni przywiązałem sznurek, który będzie mi wskazywał drogę powrotną. W mojej krwi z sekundy na sekundę zaczynało przybywać adrenaliny. Klimat tego miejsca robił swoje. Ściany pokryte mchem, wodorosty oraz małżami i huk fal uderzających o mury, skrzypienie starych belek. Powoli i ostrożnie zacząłem przemierzać korytarze twierdzy. Ciągle towarzyszył mi smród glonów oraz rozkładającego się ścierwa.

W ten coś chwyciło mnie za stopę w taki sposób, że moja twarz znalazła się na wilgotnej podłodze. W pierwszym odruchu, tuż po upadku chciałem złapać swojego Draggera, aby sieknąć poczwarę, która mnie tak podstępnie przewaliła, ale lecąc na ryj upuściłem go gdzieś, więc zacząłem się za nim rozpaczliwie rozglądać. Udało mi się dostrzec poczwarę! Cholerny kawałek poskręcanego sznura! Mam nauczkę na przyszłość, żeby lepiej uważać na to, co mam pod nogami. Przy okazji tego, jak leżę na ziemi udało się mi dostrzec coś ciekawego: czarne pióro. Nie wygląda jednak na świeże, raczej leżało już tu kawał czasu. Bogatszy o nowe doświadczenia oraz wiedzę ruszyłem dalej eksplorować twierdzę. Przez kilka godzin błąkałem się po korytarzach nie znajdując nic poza starymi piórami, zdechłymi rybami oraz śmieciami. Było tak do czasu, aż trafiłem na wielką halę, zalaną wodą na głębokość około 40-50 centymetrów. Niby nic specjalnego, poza chyba setką ciał bujanych przez fale, które jakimś cudem znalazły drogę do tego miejsca. Stałem tak przez chwilę zatrzymany przez smród, a przy okazji zastanawiałem się co się tu mogło stać i czy powinienem próbować tędy przejść. Przezorny zawsze ubezpieczony, jak to mówią, przecież na granicy słyszałem o utopcach nawiedzających północne tereny. Złapałem kilka kamyków i zacząłem rzucać nimi w truposzczaków w nadziei, że jeśli tli się w nich nieśmierć, to pobudzi je to do jakiejś akcji. Jeden kamyk głucho trafił w ciało – brak reakcji. Drugi oraz kilka kolejnych– brak reakcji. Trochę już się uspokoiłem, jednak nie opuszczałem gardy. Ostatni kamyk musiał trafić w kawałek zbroi lub hełm, bo metaliczne stuknięcie odbiło się echem po całej sali. I wtedy się zaczęło. Nie spodziewałem się, że nieumarli mogą być tak szybcy w swoich ruchach! W ciągu chwili większość z nich stała już na nogach patrząc w moją stronę. Nie minęła kolejna sekunda, a już rwali w moim kierunku. Ten, który leżał najbliżej mnie zdołał nawet złapać mnie za koszulę, ale miał tak przegniłe dłonie, że bez większego trudu udało mi się mu wyrwać. Nie miałem zamiaru walczyć z taką chordą, od razu rzuciłem się do ucieczki. W panice zapomniałem jednak o sznurku, który ciągle rozwijałem, a gdy zdałem sobie z tego sprawę, było już za późno. Biegłem przed siebie, nie wiedząc gdzie jestem. Nawet nie śmiałem oglądać się za siebie, bo z tyłu ciągle słyszałem skrzeki oraz wycie utopców.

Po tym, jak ucichli biegłem chyba jeszcze kolejne dziesięć minut, do czasu, gdy zabrakło mi tchu w piersiach. Znalazłem się na szczycie zachodniej wieży. Widać stać łajbę, którą przypłynąłem. Jest tu jednak coś jeszcze… jaja. I to nie byle jakie jaja, te są ogromne, jednak pęknięte. To, co w nich było wykluło się już dawno temu. Zacząłem nawoływać w nadziei, że kapitan usłyszy mnie i podpłynie w moją stronę. Nic z tego, jest za daleko, a fale skutecznie mnie zagłuszają. Mam nadzieję, że nie zwróciłem na siebie uwagi umarlaków. Jako, że nie uśmiecha mi się wracać do zatopionych w półmroku korytarzy, postanowiłem poruszać się po dachach. Dobrze, że zabrałem ze sobą linę. Powoli opuściłem się w dół, na zewnętrzny mur. Nie miałem jednak czasu na odpoczynek. Na dziedziniec zaczęły wylewać się nieumarli, którzy bardzo sprawnie skracali dystans pomiędzy nami. Tym razem czekał mnie dużo cięższy bieg. Mur po którym przyszło mi biec był w bardzo złym stanie – dużo dziur oraz luźnych kamieni. Jeden zły krok i marnie skończę. W takim czymś żaden krasnolud nie jest dobry. Kilka razy o mało nie spadłem w dół, a swoje życie zawdzięczam jedynie silnym dłoniom. Udało mi się w końcu dobiec do budynku przy którym zacumowana była nasza łódź. Problemem było jednak dostanie się do środka, gdyż drzwi, które oddzielały mnie od wnętrza wydawały się nie zmęczone czasem. Nie ustąpiły pod moim kopniakiem. Czasu było mało, bo topielce już piętrzyły się u podstawy muru. Brakowało im już tylko kilku centymetrów, aby mogły mnie załapać. Czas w końcu aby Dragger trochę popracował. Łup! Łup i zgrzyt! Nie dostrzegłem od razu tego, ale zawiasy były całkiem przerdzewiałe i ustąpiły już pod drugim uderzeniem topora.

Niezdarnie zeskoczyłem w dół przez dziurę w podłodze. Do łodzi zostało już kilka metrów, które pokonałem chyba szybciej niż krasnoludowi przystało. Oczekiwałem włochatej mordy kapitana, która powinna mnie tu przywitać. Jednak spotkałem coś całkowicie innego. Dwa utopce pałaszujące kawał truchła, które kiedyś było zapewne właścicielem tej łajby. Moim szczęściem było to, że byli odwróceni do mnie plecami, ale nie było czasu na długie zastanawianie się. Pierwszy cios poleciał w stronę tego, który nie posiadał na sobie żadnej zbroi. Nie chciałem, aby przypadkiem broń utknęła w pancerzu przeciwnika. Cieknięcie było potężne, rozłupało go od czubka głowy, aż do miejsca w którym kończą się żebra. Z drugim już nie będzie tak łatwo. Ma na sobie ciężki pancerz i nie miałem już najmniejszych szans na zaskoczenie go. Trzeba było się wycofać i dać sobie pole do manewru. Zeskoczyłem z łodzi z powrotem do budynku. Pokraka nie czekała i od razu skoczyła za mną. To był jej błąd. W momencie, gdy lądowała, z całej siły uderzyłem, przez co straciła równowagę i runęła na podłogę. Nie tracąc czasu ciąłem jej nieosłoniętą nogę. Opancerzona pokraka wydawała się nie odczuwać bólu, bo jej chęć mordu nie ustawała. Miałem teraz chwilę, aby pomyśleć nad tym, jak ją utłuc. Mój wzrok padł na potężny kamień leżący nieopodal. Dźwignąłem go i upuściłem wprost na topielca. Sto kilo nie dało jednak rady zakończyć nieżycia tej istoty, ale przykuło ją na dobre do podłogi. Po wejściu na łódź, bez zbędnego rozczulania się pożegnałem się też z kapitanem. Zwyczajnie wyrzuciłem go za burtę w obawie przed tym, ze też zmieni się w nieumarłego.

Do drugiego punktu z mapy

Nie mam dużego doświadczenia w żeglowaniu. Szczerze mówiąc nie mam go wcale. Żagiel stawiam jedynie, gdy poczuję, że wiatr wieje z odpowiedniej strony. Całe szczęście, że mam tu wiosła, bo bez nich mógłbym mieć duże kłopoty. Czas, którego miałem pod dostatkiem spędziłem głównie na roztrząsaniu wydarzeń z niedalekiej przeszłości. Czy warto było denerwować Kurdrana? Czy to moja wina, że kapitan nie żyje? Czy powinienem rzucać kamieniami w trupy? Myślałem też o tym, co stanie się dalej. Czy uda mi się znaleźć tego nocnego gryfa? Czy uda mi się dotrzeć Przystani? Te rozmyślania przerywały jedynie od czasu do czasu ryby wyskakujące ponad wodę oraz Ognie Pyrusa w nocy…Tysiące, a może nawet miliony spadających gwiazd. Rzadki, przerażający, a zarazem urzekający widok.

W końcu się jednak udało, zacząłem dostrzegać inne łodzie pochodzące z Przystani. Dotarłem do kolejnego celu. Mój rejs dookoła Rdzawego Pazura trwał tydzień. W tym czasie prawie nie jadłem. Bardzo osłabłem i wychudłem (jak na krasnoluda). Gdy tylko przybiłem do przystani, tuż obok mnie pojawił się nadzorca wykładając mi od ręki obowiązujący tu regulamin. Nie byłem bardzo zainteresowany jego ględzeniem. Wyglądał na pazerną mendę, która nie opuści okazji do zarobku. Powiedziałem mu, że będzie mógł zabrać moją łódź o ile odpowie mi na kilka pytań. Chciałem wiedzieć w której karczmie będę mógł dobrze zjeść i odpocząć oraz gdzie znajdę Wielką Niedźwiedzicę. Na to drugie pytanie morda mu się wykrzywiła w grymas zdziwienia, obrzydzenia oraz niezrozumienia. Jednak po chwili zawahania odpowiedział mi.

Przystań

Atmosfera tego miejsca jest przytłaczająca. Stare zamszone drewniane chaty, błoto na ulicach oraz niezbyt ciekawi mieszkańcy. A nad tym wszystkim górują Wrota Północy (5), zalewając całą okolicę jednostajnym magicznym buczeniem. Mimo tego wszystkiego dostrzec można tu oznaki wzrastającego dobrobytu, zapewne głównie za sprawą tego teleportu. Świeżo zbudowane koszary, punkt handlowy, bogate karczmy. Widać, że pieniądze przepychają się tędy, ale jak to zwykle bywa, trafiają tylko do wybranych. Kilka minut zajęło mi dotarcie do karczmy, którą wskazał mi nadzorca przystani – Bella Badonna. Durna nazwa, a wygląd budynku nie napawał mnie optymizmem na to, co zastanę w środku. Nie miałem już jednak siły ani ochoty na szukanie innego, lepszego miejsca.

O dziwo nie było tak źle. Jadło dostałem szybko i nie było wcale najgorsze. Przy jedzeniu miałem okazję posłuchać tubylców. Jednak nic ciekawego nie usłyszałem. Ciągle te same śpiewki o utopcach z zalanych terenów, upierdliwych goblinach, pieniądzach i dziewkach. Chwilę po tym jak odszedłem od stołu znajdowałem się już w swoim pokoju na piętrze karczmy. Nie był on zbyt wielki, ot łóżko i dwa metry wolnej przestrzeni w którą cisnąłem swój plecak. Sen przyszedł szybko…

Jako, że moja izba nie miała żadnego okna, to poranne słońce nie obudziło mnie tak, jak do tego przywykłem. Wstałem dopiero, gdy szum w karczmie zaczął narastać. Zdenerwowany sam na siebie szybko ogarnąłem się, aby poszukać Wielkiej Niedźwiedzicy. Z tego, co mówiła menda, najłatwiej mogłem ją znaleźć na rynku w zachodniej części Przystani. Tam więc ruszyłem. Po dotarciu na miejsce zacząłem wypytywać o nią napotkane tu istoty. Nikt jednak nie był w stanie mi pomóc, nie chciał lub się bał. Na rozpytywaniu minęły mi tak dwie kolejne, długie godziny. W końcu, to ona mnie znalazła. Z całą pewnością zasługiwała na swoje imię. Była przeogromna, a jej ciało pokrywało średniej długości srebrno-szare futro. Część jej pyska była kiedyś poważnie zmasakrowana o czym świadczą liczne blizny oraz stalowy kieł w jej szczęce. Pełni obrazu dopełnił jej warczący głos, gdy się odezwała. „Czego chcesz robaczku i czemu o mnie wypytujesz?”. Bez namysłu odpowiedziałem jej, że poszukuję Gryfa Nocy, który był kiedyś widziany w tej okolicy, podobno przez Ciebie. Jej oczy zwęziły się w ciasne szparki, wargi jeszcze bardziej odsłoniły kły, a jej wielgachna łapa zacisnęła uścisk na moim ręku. Chodź ze mną, robaczku – wymruczała ciągnąc mnie w jedną z uliczek. Weszliśmy do niewielkiej chaty przed którą stało dwóch innych olbrzymów. Wyszarpała Draggera, który przytroczony był do mojego pasa, a następnie łapiąc za mój plecak podniosła mnie jak szmacianą lalkę, po czym potrząsnęła, tak, że ręce wysunęły mi się z szelek, a ja wylądowałem na podłodze pod ścianą. O to jej chyba chodziło, to zaraz mnie podniosła i cisnęła do schowka, który znajdował się pod podłogą. Poczekaj tu – warknęła i zaryglowała klapę. Słyszałem jeszcze jak powiedziała do jednego ze swoich towarzyszy, żeby mnie pilnował, a ona sama idzie po Garraycha. Nie trzeba było być geniuszem, aby zrozumieć, że wdepnąłem w gówno i jeśli się stąd nie wydostanę, to mogę w tym gównie utonąć. Całe szczęście, że krasnoludy dobrze widzą w ciemnościach. Pomogło mi to rozeznać się w sytuacji. Ściany piwniczki były solidnie wykonane z kamienia związanego zaprawą. Niektórzy chyba o tym nie wiedzieli, bo widać tu wiele pionowych krwawych śladów, które powstały, gdy ktoś próbować wyskrobać sobie drogę na wolność, ja z pewnością nie mam na to czasu. Moja uwaga skupiła się na klapie, zawiasach oraz ryglu. Były przymocowane za pomocą gwoździ grubych jak moje palce, które zawinięte były z tej strony. Dostrzegłem w tym swoją szansę, bo ciągle mam przy sobie sztylet, który dostałem od wuja. Z jego pomocą zacząłem prostować gwoździe, pierw podważając je ostrzem, a następnie wsadzając ich końce w wydrążoną rękojeść. Dzięki tak powstałej dźwigni nie było to trudne zadanie. Po kilku minutach musiałem już tylko wypchnąć je na zewnątrz. Dałem sobie chwilę, aby wschłuchać się w to, co robią strażnicy. Nie chciałem zwrócić ich uwagi. Wydawali się być zajęci czymś za zewnątrz. Kilka uderzeń pozwoliło mi obluzować klapę i otworzyć ją. Jak najciszej umiałem złapałem swój topór oraz wyszedłem przez okno. Teraz już grałem przed siebie, tak szybko, jak już nie przystoi krasnoludowi. Zatrzymałem się dopiero, gdy dotarłem na szczyt jednego z urwisk, które znajdują się dookoła Przystani.

Z daleka

Postanowiłem przeczekać jakiś czas z dala od miasta. Nie chciałem kusić licha. Będę musiał jednak tam wrócić i odnaleźć Niedźwiedzicę. Ona z pewnością wie coś o tym gryfie. Przyszykowałem sobie przebranie, które pozwoli mi stosunkowo bezpiecznie znowu wejść do Przystani. Tym razem jednak wiem już kogo oraz gdzie szukam. Wiem też, czego mogę się spodziewać. Po dwóch dniach udało mi się znowu ją spotkać. Zacząłem ją śledzić, w nadziei, że doprowadzi mnie do celu. Kilka razy miałem wrażenie, że wyczuła mój zapach, bo zaczynała uważnie rozglądać się dookoła, jednak na tym poprzestawała. Po kilku kolejnych dniach opuściła miasto wraz z dwoma innymi włochaczami oraz jednym człowiekiem, który musiał być kimś ważnym, bo olbrzymy wyraźnie mu nadskakiwały. Wyruszyli na wschód w kierunku Krótkiego Pazura. W swojej wędrówce kilkukrotnie zmieniali drogę, cofali się, z pewnością wiedzieli o mnie i chcieli mnie zgubić, lecz im się nie udało. Po dwóch dniach doprowadzili mnie do niewielkiego obozu zorganizowanego przy zrujnowanej wieży obserwacyjnej. Rozejrzałem się po okolicy i znalazłem niewielką grotę, z której miałem idealny widok. Znowu oczekiwanie oraz obserwacje… Długie godziny zmieniły się w długie trzy dni w czasie których nic ciekawego się nie wydarzyło. Dopiero trzeciej nocy stało się. Niby znikąd pojawił się Gryf. Zatoczył w powietrzu dwa koła, po czym wylądował przy jednym z olbrzymów, który wydawał się być wodzem tej szajki. W łapie trzymał czyjąś głowę… Wiedziałem już, że to musi być ten sam potwór, który zabił moją rodzinę. Widać na to wszyscy czekali, bo chwilę po tym obozowisko opuścili ci za którymi szedłem.

Zemsta

Jeszcze tej samej nocy postanowiłem wybrać się ubić poczwarę. Na tą chwilę długo się przygotowywałem. Korzystając z nadmiaru czasu, który miałem obserwując obóz stworzyłem kilka prowizorycznych pułapek, które powinny mi się przydać podczas tego wypadu. Szef szajki już dawno udał się do swojego namiotu, w którym zapewne już błogo śpi. Ja natomiast ostrożnie zacząłem podchodzić do wieży. Gdy byłem już u jej wejścia, w drzwiach zostawiłem swój mały ostrokół (6). To na wypadek, gdybym zrobił za dużo hałasu na górze i futrzak chciałby przeszkodzić. Zacząłem wchodzić w górę po stromych stopniach. Gdy dotarłem na szczyt, dostrzegłem ją, leżała do mnie tyłem, wpatrzona gdzieś daleko w noc. Podobno nie godzi się atakować od tyłu. Zawsze mi to powtarzano, ale chęć przeżycia oraz zemsty wzięły górę nad honorem. Wziąłem potężny zamach i… odchylając topór za głowę niechcący uderzyłem nim w stojący tu masz. Bestia usłyszała to i zerwała się na równe nogi. Nie zdążyła. Mój cios sięgnął ją, choć nie tak celnie, jakbym sobie tego życzył. Ciąłem ją w tylną goleń, po czym zaskrzeczała przeraźliwie. Od razu po tym rzuciła się z wieży, aby mi umknąć, jednak nie była w stanie lecieć. Runęła na ziemię nieopodal. Cały ten harmider sprawił, że śpiący na dole olbrzym się obudził i nie tracąc czasu rzucił się w moim kierunku. Chyba nie zauważył mojej pułapki, bo usłyszałem jego jęk. Zbiegając po schodach zobaczyłem go, jak stara się wyciągnąć ze stopy drewniane groty. Szybko wymieniliśmy spojrzenia i wiedziałem już, że nie da mi przejść obok siebie. Wstał i zaczął kuśtykać w moim kierunku wymachując przy tym swoim toporem. Przy którym wymachu zahaczył o jedną z belek leżących na schodach. Nie wahałem się i szybko posadziłem Draggera na ramieniu przeciwnika, tuż przy szyi. Puścił swoją broń i starał się odskoczyć, jednak nie dał rady utrzymać równowagi i runął w dół schodów zdobiąc wszystko dookoła szkarłatem. Gdy był już na dole nie wydawał się taki chętny do walki. Okazałem mu miłosierdzie. Dobrze wymierzonym ciosem w kark pozbawiłem go życia. Teraz czas na gryfa. Ciągle słyszę, jak rzuca się na zewnątrz. Wybiegłem do niego. Mimo ran nie stracił wiele ze swojej zwinności. Gdy tylko wybiegłem zza rogu rzucił się w moją stronę. Udało mi się odskoczyć i uniknąć jego kłapnięcia dziobem, jednak szpony naznaczyły moje lewe ramie. Z powodu rany, którą mu zadałem, nie udało mu się sprawnie wylądować i zawrócić. Teraz na atakuję. Tnę z góry po ukosie w prawo, potem w lewo. Bestia cofa się unikając ciosów. Jednak pomiędzy machnięciami odsłoniłem się, co zostało od razu wykorzystane. Gryf wyprowadził uderzenie nisko przy ziemi trafiając z moją nogę i waląc mnie przy tym na ziemię. Gruchnąłem tak, że miałem problem ze złapaniem tchu. Stanął nade mną na dwóch łapach, po czym starał się trafić we mnie łapami oraz dziobem. Nie dał rady. Uciekłem przed ciosem turlając się w lewą stronę, po czym od razu wyprowadziłem cios na oślep wymachując toporem. Lekko, ale trafiłem celu ściągając bestii kawał skóry z głowy. Skrzeknął i ponownie stanął na łapach. Nie wiem, czy chciał ponownie zaatakować, czy odskoczyć. Ani na jedno, ani na drugie nie dałem mu szansy. Dragger przebił jego mostek i skruszył żebra. Padł na ziemię. Patrzyłem na niego jeszcze chwilę, jak próbuje walczyć o życie, już nie ze mną, ale z własnym ciałem. Nie przyszło mi do głowy aby go dobić. Byłem wściekły i zadowolony, że udało mi pomścić swoją rodzinę.

Usiadłem, aby chwilę odpocząć i ochłonąć. Wtedy przez wejście do namiotu dostrzegłem klatkę w której znajdowały się dwa małe gryfiątka. Widziały wszystko…

(1)Kwiaty Fiera.

Są to różne kwiaty barwione w taki sposób, aby wyglądały jak płomienie. Wieńce z takich roślin symbolizują rozpalającą się lub nieśmiałą miłość. Fier był postacią z legendy o młodej krasnoludzicy ukrywającej swoją miłość do syna swego króla.

(2)Posąg Bejsona

Drzewa iglaste, charakteryzujące się bardzo grubym pniem oraz niewielką ilością zielonych gałęzi na szczycie oraz bokach. Średnio drzewa te osiągają wysokość 2,5 metra oraz 2 metry obwodu. Po bokach rzadkie, krótkie, grube gałęzie, zakończone małą nielicznymi kępkami igieł. Szara, gładka kora. Często powykręcane z powodu osuwania się zboczy gór.

(3)Szczek
W gwarze północnych krasnoludów lekko obraźliwe określenie kogoś młodego z małym bagażem doświadczenia, kto lubi dużo gadać.

(4) Stary Kamieniołom
Twierdza-miasto powstała wiele lat temu w miejscu kamieniołomu. Została zalana w czasie Eksplozji Gór. Ponad powierzchnię wody wystają aktualnie jedynie najwyższe zabudowania.

(5) Wrota Północy
Północna część jedynego stałego portalu, który łączy ze sobą dwa punkty na kontynencie Noreii. Jego drugi koniec znajduje się w okolicach Drahenau i nazywany jest Wrotami Drahenau.

(6) Pułapka składająca się z szeregu niewielkich zaostrzonych palików, mająca na celu ranić stopy tego, kto na nią wejdzie.

Share Button

Nostalgicznie: gry z dzieciństwa

you-will-never-live-in-the-good-old-days-thumbUWAGA. Nie dowiesz się z tego wpisu niczego ciekawego. Jest to jedynie wspomnienie gier, w które miałem okazję zagrywać się jako dzieciak oraz nastolatek. Nie jest to kompletna lista, gdyż zwyczajnie części tytułów nie pamiętam. W część w tych gier miałem okazję zagrać jedynie dzięki temu, że mój brat ‘udostępniał’ mi swoje Commodore oraz Amigę. Jeśli dobrze pamiętam, to mój pierwszy komputer miał procesor o taktowaniu 166 Mhz, 16MB Ramu, 4MB grafiki oraz dysk o pojemności 150MB. Nigdy nie miałem żadnej konsoli, a jedynie chodziłem pograć na Pegasusie do kolegów. Czytaj Dalej

Share Button

Projektowanie gier dla speedrunnerów

55105270
Speedrun to bardzo ciekawe zjawisko polegające na jak najszybszym przejściu gry. Dla mnie patrzenie na to, co wyczyniają ludzie uprawiający ten… chyba mogę powiedzieć, że sport to mistrzostwo. Warto zajrzeć na tą stronę aby rzucić okiem: SpeedRun.com

No ale jakie gry są najchętniej wybierane przez speedrunnerów? Czytaj Dalej

Share Button

Krótkie, czy długie gry?

maxresdefaultWiele razy słyszałem narzekania ludzi na to, że jakaś gra jest zbyt krótka, że nie nie jest warta kwoty, której żąda za nią jej twórca. Ale jak to jest tak na prawdę? Czytaj Dalej

Share Button

Poznań Game Arena

pga_banner_2016Poznań Game Arena to jedna z większych imprez związanych z grami w Europie. Równolegle do PGA odbędzie się Game Industry Conference, czyli event skierowany głównie do twórców gier. Ja się wybieram i was też zachęcam. Mam nadzieję, że niedługo uda mi się przekazać wam nieco więcej informacji o tym, co dokładnie znajdzie się na PGA oraz GIC.

Poznań Game Arena
Game Industry Conference

Share Button

Windowframe Recenzja

windowframe1Windowframe jest kolejną z tych małych gier, które przejdą przez świat nie zrobiwszy większej kariery. Nie z powodu tego, że są słabe, ale z powodu słabej promocji. A szkoda. Czytaj Dalej

Share Button